środa, 3 września 2014

W kolebce demokracji




Tak, tak, wiemy - nie będziemy oryginalni pisząc, że wszystko tutaj jest wielkie! Wojtek przy pierwszej podróży metrem śmieje się, że lokomotywa jest tak duża, że 'wychodzi' na tor dla pociągów jadących w przeciwnym kierunku ;). Żarty żartami, ale naprawdę nie spodziewaliśmy się, że wielka będzie nawet kolejka prowadząca do odprawy paszportowej, a potem celnej. Wielka i długa do tego stopnia, że po wylądowaniu spędzamy na lotnisku jeszcze dwie dodatkowe godziny. Nie marnujemy jednak tego czasu - szybko poznajemy grupę nastolatków z Kazachstanu, którzy najpierw za naszymi plecami długo zastanawiają się czy mówimy po bułgarsku, czy też może po polsku, a potem zdradzają nam z wielkimi uśmiechami na twarzach, że są w Stanach w ramach wymiany i zostają na calutki rok! Szczęściarze! ;)

Po wydostaniu się z lotniska szczęśliwie docieramy do naszej pierwszej stanowej kwatery, która wita nas wieczorem jakże przyjemnym chłodem płynącym z klimatyzacji (zapomnieliśmy wspomnieć, że panują tu upały), a rano pysznym śniadankiem z amerykańskimi naleśnikami!

Zwiedzanie rozpoczynamy od Białego Domu i dumnego Capitolu. Nie wiem czy wiecie, ale w teorii Wojtka, w historii były cztery wielkie potaci - Abraham Lincoln, George Wahington, Thomas Jefferson i John Capitol. Śmiałkom jedynie polecam dowiedzieć się jak było naprawdę;)




Odwiedzamy też oczywiście szanownego pana Abrahama Lincolna, który z góry spogląda na rzesze wpatrujących się w niego turystów. Kiedy się jednak bliżej przyjżeć wydaje się być jednocześnie zamyślony i zadziwiony całym zamieszaniem, które ma miejsce wokół niego.





Okolice National Mall, terenu rozpościerającego się pomiędzy Białym Domem, pomnikiem Lincolna, oraz Capitolem,


naszpikowane są wojennymi memoriałami. Między innymi z 2. Wojny Światowej,


Wojny Koreańskiej oraz Wietnamskiej.




Karolina jest bardzo dzielna (a może to my jesteśmy dzielni?). Mimo upału jest i czas na chwilę sportowych emocji - kto kogo pierwszy złapie.


Zdecydowanie polecamy wizytę w bibliotece kongresu. Siła perswazji i nowa książeczka dla Karolki umożliwiają nam zwiedzanie tego pięknego miejsca - podziwianie bogatej architektury i poczucie wyjątkowej panującej tam atmosfery.




Bardzo trafnym posunięciem okazuje sie również wycieczka do Narodowego Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej.


Teleskop Hubble'a we własnej osobie! A nasze wciąż głodne nowych wrażeń dziecko postanawia poskromić stacje kosmiczną!


Spacerujemy również po cmentarzu w Arlington, który został założony podczas wojny secesyjnej. Pochowani są tu weterani wszystkich wojen, w których kiedykolwiek brały udział Stany Zjednoczone. Jest tu również rodzinny grób prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy'ego.


Pod koniec naszej przygody w Waszyngtonie docieramy do Georgetown, gdzie w rzędach starych pięknie odnowionych domków znajdują dla siebie miejsca najróżniejsze sklepy i restauracje. Jest wśród nich najstarszy dom w mieście.


Naprawdę staram się nic nie kupować, ale czy dotrwam do końca naszego pobytu w Stanach? Biorąc pod uwagę że wkrótce ruszamy do miasta, które przepełnione jest każdym na świecie dobrodziejstwem (no może oprócz ciszy i spokoju) - będzie ciężko... Ale czy tak naprawdę muszę się tego trzymać? ;)

1 komentarz: